„Zeszyty Rabczańskie” 1/2013

:::pobierz (pdf)

W pierwszym numerze prezentujemy 10 artykułów z dziedziny historii, historii literatury i etnografii. Materiał uzupełniliśmy 60 fotografiami, z których wiele zostało opublikowanych po raz pierwszy. Życzymy miłej lektury!

„Zeszyty Rabczańskie” dostępne są w kawiarni księgarni „Między Słowami” ul. Podhalańska 21a, w kawiarni "Mon Ami" oraz „Bit–Borcie” przy ul.Orkana 49., ewentualnie osoby zainteresowane „Zeszytami” prosimy o kontakt pod numerem telefonu: 608722127 lub mailowo ceklarz@wp.pl


O prasie lokalnej w tym o naszych "Zeszytach" wywiad red. Jana Stępnia z prof.Bolesławem Faronem zamieszczony  w Radiu Kraków S.A.  ( RABKA  87, 6 FM)   w audycji "Pejzaże regionalne" z dnia   22.06. 14 r

Dlaczego pierwsze. "Zeszyty" poświęcone są pamięci ks. Kamila Kowalczyka, wywiad red. Jana Stępnia z Janem Ceklarzem, zamieszczony  w Radiu Kraków S.A.  ( RABKA  87, 6 FM)   w audycji "Pejzaże regionalne" z dnia   20.07.14r

 

Poniżej prezenatacja zawartości pierwszego numeru "Zeszytów".

Od redakcji

„Zeszyty Rabczańskie” to pismo o kulturze, historii, tradycji i społeczeństwie Rabki-Zdroju i jej okolic. Z jednej strony kierowane jest do osób interesujących się sprawami Rabki i jej mieszkańców – do miłośników Rabki, a z drugiej jest to propozycja dla tych czytelników, którzy zechcą spojrzeć na naszą miejscowość z perspektywy opisu jej wielowymiarowej kultury. Najprawdopodobniej zdecydowana większość odbiorców pisma będzie należała do obydwu tych grup jednocześnie. Ten drugi aspekt pozwoli potraktować „Zeszyty Rabczańskie” jako przestrzeń dającą możliwość doświadczenia różnorodnych i wzajemnie się przenikających procesów kulturowych, które choć są fragmentami większej całości, to posiadają lokalną odmienność. Rabka ma wiele cech typowych, charakterystycznych dla miejscowości podobnych do niej pod względem wielkości czy położenia. Niemniej w każdym z takich miejsc są ludzie i wydarzenia warte opisu.

Rabka ma również swoją specyfikę wyróżniającą ją na tle innych miejsc i wynikającą w dużej mierze z jej historii. Mała, góralska miejscowość stała się uzdrowiskiem i zaczęła przyciągać kuracjuszy oraz nowych mieszkańców. Myślę, że Rabka, leżąca między Krakowem a Zakopanem, na granicy między Podhalanami a Zagórzanami, z latami bujnego rozkwitu i gorszej koniunktury, z własnymi oryginalnymi osiągnięciami i z licznymi zapożyczeniami z innych wzorów kulturowych, ma interesującą wewnętrzną strukturę.

Pierwszy numer „Zeszytów Rabczańskich” poświęcony jest pamięci tragicznie zmarłego ks. Kamila Kowalczyka (1986-2013). Ks. Kamil, młody badacz rabczańskiej historii z pokaźnym, jak na swój wiek, dorobkiem publicystycznym, był zadowolony z pomysłu wydawania „Zeszytów Rabczańskich” i zainteresowany współpracą. Miał być jedynym ze stałych autorów tego pisma, zwłaszcza w perspektywie jego studiów doktoranckich na temat historii Kościoła katolickiego w Małopolsce. Niestety, zmarł 18 września 2013 r. w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku samochodowym.

Teksty pierwszych „Zeszytów” są przede wszystkim historyczne, w kolejnych numerach proporcje pomiędzy historią, etnografią, literaturą i innymi zagadnieniami mogą ulec zmianie. Założenia co do kierunku rozwoju pisma i treści artykułów zweryfikuje czas. Ale aby „Zeszyty Rabczańskie” mogły istnieć, potrzebni jesteście Wy, Szanowni Czytelnicy, zainteresowani rabczańskimi sprawami. Zachęcam do współpracy zarówno osoby, które chcą się podzielić swoją wiedzą i refleksjami, i tym samym dołączyć do grona autorów „Zeszytów”, jak i tych z Państwa, którzy mają do przekazania ciekawe informacje, warte tego, by się nimi szerzej zainteresować. Liczę również na rzeczową dyskusję na temat publikowanych tekstów, która pozwoli na rozwój wiedzy o naszym regionie. Aby „Zeszyty Rabczańskie” spełniły swoją rolę, potrzebna jest jeszcze Państwa życzliwość. Mam nadzieję, że chociaż po części na nią zasłużymy.

Jan Ceklarz
prezes Stowarzyszenia Kulturowy Gościniec

 


Katarzyna Ceklarz

Rabczański park (fragment)

Pierwszym założeniem parkowym w Rabce był 2-hektarowy park dworski przylegający do dworu Zubrzyckich wzniesionego w 1846 roku (dzisiaj już nieistniejący). Był to park jodłowo-świerkowy z domieszką takich drzew, jak lipa, dąb, klon czy jesion oraz drzew owocowych (teren dzisiejszego Rodzinnego Parku Rozrywki „Raboland”). Jego układ znany jest z wielu opracowań pochodzących z okresu międzywojennego, kiedy w dworze funkcjonowało Prywatne Gimnazjum Sanatoryjne Męskie zorganizowane i prowadzone przez dr. Jana Wieczorkowskiego. Park ten służył uczniom oraz nauczycielom gimnazjum jako naturalne zaplecze zespołu internatowego mieszczącego się w dworze. Pomiędzy drzewami wyznaczono alejki spacerowe prowadzące m.in. do zadaszonych altan, w których odbywały się lekcje na świeżym powietrzu. W centralnej części parku, przed wejściem do gimnazjum, istniał sporych rozmiarów gazon, corocznie obsadzany różnorodnymi kwiatami. Podobne rabaty kwiatowe można było znaleźć w innych, bardziej oddalonych od dworu, częściach parku. Zdzisław Olszewski, jeden z uczniów tego gimnazjum, wspomina go w następujący sposób: Ten wspaniały kompleks wielohektarowego parku, ogrodu i sadu utrzymywali ogrodnicy w doskonałym stanie. A jakie wspaniałe jabłka można było tam kupić od dzierżawcy pana Jankowskiego! Słodkie albo winne, cudowne cukrówki, koksy, kosztele – jak pięści złote i szare renety. Palce lizać… że nie wspomnę o gruchach jak poduchy.(…) Lekcje w tym ciepłym wrześniu 1927 roku odbywały się przeważnie na świeżym powietrzu, w altanach specjalnie do tego celu wybudowanych, z pnącymi się po nich na zewnątrz różami i dzikim winem.

Miejsce to choć piękne, nie mogło pełnić funkcji parku zdrojowego dla kuracjuszy. Goście, przyjeżdżając do rabczańskiego uzdrowiska, koncentrowali swój pobyt w jego górnej części, znacznie oddalonej od dworu, ale za to w pobliżu źródeł wód mineralnych i zakładu uzdrowiskowego. W związku z tym, ówczesny właściciel Rabki – Julian Zubrzycki (II połowa XIX w.), chcąc udoskonalić i rozbudować zdrój, wychodząc tym samym naprzeciw potrzebom gości, postanowił założyć park zdrojowy znajdujący się w niewielkiej odległości od łazienek i pijalni, i w efekcie stanowiący z nimi jedną całość oraz centrum uzdrowiska. W „Tekach Komisji Urbanistyki i Architektury” można znaleźć informację, że rabczańskie założenie parkowe powstało w ramach pierwszego etapu tworzenia zakładu uzdrowiskowego. Etap ten zakończono uroczystym otwarciem zdroju dla kuracjuszy w 1864 roku, który równocześnie można uważać za datę otwarcia parku. Wtedy to miano: wytyczyć zasadnicze osie założenia zdrojowego oraz założono park (odpowiadający swym zasięgiem wschodniej części dzisiejszego zespołu). Droga ze wsi do zdroju zyskała formę alei obsadzonej drzewami. Park powstał na bazie naturalnego lasu iglastego istniejącego w okolicach najstarszych uzdrowiskowych pensjonatów, takich jak „Pod Aniołem”, „Scholastyka”, „Warszawa” czy „Pod Sobieskim” oraz kaplicy zdrojowej i tzw. drogi zakładowej. Zatrudniony przez Zubrzyckiego lekarz zakładowy dr Franciszek Głuchowski w pierwszym drukowanym przewodniku dla osób udających się do Rabki w sezonie letnim 1888 r. napisał, że: O kilkanaście kroków od kaplicy jest las świerkowy, wzdłuż którego idzie ulica, a tak na niej jak i w samym lesie jest znaczna ilość ławek dla odpoczynku. Las ten jest ulubionym miejscem spacerowym dla gości kąpielowych i trzeba przyznać, że położeniem swojem i powietrzem najzupełniej na to zasługuje.


Klomb przed domem zdrojowym, lata 30.  (archiwum M. Krasuskiej


Jan Ceklarz

Przedmowa do wspomnień Stanisława Dąbrowy-Kostki

Pośród nas żyją ci, co przeżyli,
Choć przeżyć przecież nie mieli prawa,
I jeszcze cieszą się z każdej chwili,
Którą ich los im zostawia. (…)

Prawem kaduka, w drodze wyjątku,
Niepowtarzalni, jak starodruki,
Żyją co dzień, dzień w dzień - od początku,
I troszczą się o prawnuki.

Życiorys płk. Stanisława Dąbrowy-Kostki kojarzyć się może z powyżej cytowanymi fragmentami „Dębów” Jacka Kaczmarskiego. Poznaliśmy się, gdy współorganizowałem jubileuszu 80-lecia PTTK w Rabce w 2008 r. Wysoki, prosto się trzymający starszy pan, niezwykle ciepły i pogodny. Później spotkaliśmy się w jego przypominającym archiwum mieszkaniu, gdzie podczas kilkugodzinnej rozmowy, udało mi się nakłonić go do spisania wspomnień z jego powojennych losów związanych z Rabką. Nie było to łatwe z tego względu, że dla niego najbardziej liczą się wydarzenia wojenne, kiedy był żołnierzem AK i Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. Mniej chętnie i z większą zadumą opowiadał o WiN-ie i ubeckich więzieniach. Stwierdziłem wtedy, że te wspomnienia trzeba opublikować z dwóch zasadniczych względów. Po pierwsze jest to kapitalny opis epoki, w jakiej przyszło mu żyć. A po wtóre swoje wspomnienia Stanisława Dąbrowa-Kostka opowiadał w piękny sposób, z dużą swadą i humorem, ale bez patosu i upiększeń. Mówił o swojej bezkompromisowej postawie, za którą przyszło mu drogo zapłacić, ale jednocześnie akcentował, że sytuacje życiowe były wielowymiarowe. Później spotykaliśmy się jeszcze parokrotnie, za każdym razem dyskutując przez wiele godzin. Pan pułkownik zaproponował, bym zwracał się do niego „wujku”, co jest dla mnie zaszczytem. Jednoznacznie negatywnie oceniał PRL, co nie przeszkadzało mu wystawić dobrej opinii o znajomym sekretarzu PZPR. Przyznawał się do silnych związków z Kościołem, ale mówił i o swoim kryzysie wiary. Jest człowiekiem z krwi i kości, który radził sobie w bardzo trudnych dla niego sytuacjach nie rezygnując ze swoich zasad; realistą precyzyjnie oceniającym rzeczywistość, ale bez wrogości do ludzi i zdarzeń.

Nasze rozmowy prowadzone były w formie wywiadu. Jednak w trakcie redakcji tekstu stwierdziłem, że wypowiedź Pułkownika jest pełnym przekazem jego poglądów i spójnym opisem życia. Dlatego wspólnie zredagowaliśmy tekst w formie pierwszoosobowej opowieści. Do tego dołączony został aneks opisujący jego lata wojenne i powojenne do momentu wyjścia z więzienia. Jak twierdzi wujek, aby zrozumieć pewne wydarzenia trzeba znać szczegóły, które je poprzedzały, bo to właśnie one składają się na bieg historii. Pewnie ma rację.


Stanisław Dąbrowa-Kostka (fot. J. Ceklarz 2013)

 

Stanisław Dąbrowa-Kostka, Jan Ceklarz

Człowiek „nikt”. Opowieść o dwudziestu latach z życia Stanisława Dąbrowy-Kostki (fragment)

Wysiadłem z pociągu w Rabce – człowiek nikt. Podobnie jak przed tygodniem wysiadłem z pociągu w Nowym Sączu i tam, nie mając absolutnie żadnych kontaktów, próbowałem znaleźć jakąś pracę. To mi się nie udało. Wobec tego wcześniej zaplanowałem, że będę jechał z Nowego Sącza do Chabówki i będę wysiadał we wszystkich większych miejscowościach po drodze, by tam szukać pracy.

Ja nie tylko byłem nikim, gdy przyjechałem do Rabki, ale ja bardzo starałem się być nikim. Bardzo mi na tym zależało, gdyż wiozłem ze sobą „garb” swojej przeszłości, wybitnie niewygodny w Polsce Ludowej.

W drodze do Rabki

Wyrok skończył się 5 września 1949 r. Siedziałem za nie w pełni udowodnioną działalność w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość (WiN) oraz okupacyjną walkę konspiracyjną w rzeszowskim Podokręgu Armii Krajowej (AK). Władza ludowa nie wiedziała o jednym fakcie z mojego życiorysu. W 1945 r., pod pseudonimem „Dzierżyński”, dowodziłem na Podkarpaciu oddziałem partyzanckim, podlegającym Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Gdyby o tym wiedziała, nie uszedłbym z życiem. Przez wiele lat musiałem ukrywać moją akowską przeszłość. Natomiast o „Dzierżyńskim” absolutnie nikt nie mógł się wtedy dowiedzieć!

Więzienny ubol wręczył mi świstek papieru potwierdzający zwolnienie, zanotował podany mu adres w Przemyślu i kategorycznie nakazał meldowanie się w terminie 2-tygodniowym w tamtejszych komendach milicji i bezpieki. Na formularzu zwolnienia figurował tylko nakaz meldowania się na Milicji Obywatelskiej (MO).

- Na zwolnieniu nie ma nic o meldowaniu w Urzędzie Bezpieczeństwa (UB) - stwierdziłem półgłosem.

- Na milicji i w urzędzie powiedziałem! – ryknął ubol.

W moich warunkach wyjazd do Przemyśla byłby samobójstwem. Postanowiliśmy razem z moją żoną Haneczką (tak ją nazywałem), która czekała na mnie pod więzienną bramą, pojechać do Zakopanego, gdzie wtedy pracowała. Tam, mając dwa tygodnie czasu, zamierzałem rozpoznać sytuację, a następnie podjąć jakieś dalsze decyzje. Niewątpliwie, zresztą nie pierwszy raz w życiu, interweniował mój niezawodny Anioł Stróż…


Stanisław Dąbrowa-Kostka

Moje trudne CV (fragment)

Kilka dni przed wybuchem wojny objąłem, trwającą do 14 września, służbę łącznika w Komendzie Dzielnicy Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwczołgowej Przemyśl-Zasanie. Tego dnia natarcie niemieckie zatrzymane zostało na rubieży rzeki San. W nocy ojciec z dyrektorem przemyskiego gimnazjum, Zygmuntem Weimerem, nie wiedząc, że jestem przypadkowym świadkiem ich tajemnej operacji, zakopali w ogrodzie swoje Brauningi kal.6.35 z zapasowymi magazynkami i niezłym zapasem amunicji. Kilkanaście minut potem wydobyłem ów skarb. Następnego dnia, gdy jeszcze trwała walka o prawobrzeżny Przemyśl, z kilkoma kolegami, na zalesionych wzgórzach przedmieścia Lipowica, zbierałem broń porzuconą w zaroślach przez żołnierzy broniących tego odcinka i zaskoczonych skutkiem zdrady.

W 1939 roku miałem dopiero 15 lat (urodziłem się 11.10.1924 r.), ale tak się jakoś samo złożyło, chociaż nikt mnie nie mianował i nie czyniłem żadnych starań w tym kierunku, że zostałem komendantem naszej konspiracyjnej grupki, którą nazwaliśmy „Lipowica”. Zgromadziliśmy trochę broni, amunicji i granatów ręcznych, rozmaitego sprzętu wojskowego, map i literatury wojskowej. Gorliwie szukałem kontaktu z jakąś „dorosłą" organizacją, jak to ją wtedy określałem, która podobnie jak Polska Organizacja Wojskowa (POW) w latach I wojny światowej musiała przecież istnieć! Gdy wreszcie trafiłem na Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), zaprzysięgnięto tylko mnie i mojego kolegę Romka Łabę, odmawiając zgody na przyjęcie całej mojej grupy. Wkrótce jednak pojawił się kontakt na Polską Organizację Zbrojną (POZ), która przygarnęła „Lipowicę" z całym majątkiem, nadając jej status plutonu dywersyjnego.

Latem 1942 roku, po scaleniu POZ z Armią Krajową (AK) mój pluton został zreorganizowany i przez rok pod kryptonimem „Dywersja-Wywiad” (DW) funkcjonował jako oddział specjalny w pionie wywiadu i kontrwywiadu Komendy Obwodu AK Przemyśl. W tym czasie, prócz działalności zasadniczej, wydawałem tajne czasopismo pod tytułem „Placówka” i kierowałem w swoim obwodzie akcją „N" W listopadzie 1942 r. otrzymałem pierwszy awans na stopień starszego strzelca. W maju 1943 r., po zakończonym egzaminem Konspiracyjnym Kursie Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty, awansowałem na stopień kaprala z tytułem podchorążego. W czerwcu 1943 r. doszło w Przemyślu do spowodowanej zdradą, tragicznej w skutkach wsypy.

Gestapowcy ujęli, między innymi, komendanta mjr. Jana Gołdasza „Szczyta”, mojego dowódcę – szefa wywiadu i kontrwywiadu inż. Kazimierza Wohańskiego „Gada”, szefa propagandy ppor. Bernarda Zarembę "Smętka". Sztab Komendy Obwodu został niemalże zupełnie rozbity. Ogólna liczba strat wynosiła ponad stu oficerów i żołnierzy oraz zaangażowanych w różny sposób osób cywilnych. Nieliczni tylko spośród wówczas aresztowanych, po zakończeniu wojny, wrócili z obozów koncentracyjnych. Mój liczący już wtedy ponad osiemdziesięciu ludzi oddział „DW” przestał istnieć. Z kilkunastoma żołnierzami przeniesiony zostałem do Kedywu. Reszta oddziału wpadła w ręce niemieckie lub rozproszyła się. Straciliśmy nasze magazyny z bronią, radioodbiornikami i powielaczem, mundurami niemieckimi oraz innymi skarbami tamtego czasu.


Więzienny karcer w Rawiczu, rys. S. Kostka-Dąbrowa (archiwum autora)


Katarzyna Ceklarz

25 lat Klubu Sportowego „Wierchy” (1941-1966) oczami Henryka Cieplińskiego

 

Otwierając granatową okładkę Kroniki KS „Wierchy”, którą spisał i wykonał Henryk Ciepliński, jeden z najaktywniejszych działaczy tego klubu (z zawodu introligator), nie sposób w niej nie zauważyć pasji, zaangażowania oraz miłości do sportu jej autora. Henryk Ciepliński obecny jest w historii rabczańskiego sportu od dawna. Już w czasie II wojny światowej, używając nazwiska Górzyński, organizował nielegalnie rozgrywki piłki nożnej na tzw. Kamieńcu nad rzeką Słonką (teren dzisiejszego marketu „Gazda” oraz siedziby firmy „Wojdyła Budownictwo”), narażając się na represje ze strony niemieckich władz okupacyjnych. Po wojnie przez kilkanaście lat był kapitanem drużyny piłkarskiej. Zakładał, a później kierował sekcją lekkiej atletyki oraz sekcją pływacką. Organizował Letnie Igrzyska Sportowe dla Dzieci. Był sekretarzem klubu od 1953 do 1980 r. oraz nieformalnym kierownikiem przebudowy stadionu w latach 1959-60. Pośród licznych zasług sportowych i organizacyjnych Henryka Cieplińskiego dla rabczańskiego klubu szczególne miejsce zajmuje kronika jego autorstwa z opracowaną historią tej organizacji.

Dzisiaj, po upływie 70 lat od najdawniejszych wpisów, kronika, choć może w wielu miejscach niekompletna, stanowi źródło wiedzy na temat ludzi, bez których „Wierchy” współcześnie by nie istniały, a także atmosfery ostatnich lat wojny i okresu powojennego.

Pamiętać trzeba, że obraz klubu wyłaniający się kroniki jest zapisem wspomnień i opinii jej autora. Choć bije z niej optymizm i ogromne zaangażowanie, to wydaje się, że zawarte w niej wydarzenia zostały opisane obiektywnie. Historia klubu nie jest ukazana jako pasmo niekończących się sukcesów (jak zapewne chciałby autor), ale jako złożona sieć wydarzeń zależnych od działań jej członków. Klub miał lepsze i gorsze lata, co opisano wielopłaszczyznowo. W tekście kroniki uwypuklone zostały przede wszystkim działania członków tej organizacji, co tylko potwierdza tezę, że do sukcesu potrzebny jest przede wszystkim zespół gotowych do poświęceń ludzi zgromadzonych wokół wspólnej idei.

Poniższy tekst został opracowany na podstawie kronikarskich zapisów Henryka Cieplińskiego, obejmujących lata 1941-1964, i uzupełniony o informacje z innych źródeł pisanych oraz z wywiadów z członkami klubu z lat 40., 50. i 60. Kronika klubu autorstwa Henryka Cieplińskiego znajduje się obecnie w zbiorach archiwalnych jego syna Jana Cieplińskiego, któremu dziękuję za udostępnienie materiałów.


Rozgrywki piłkarskie z „12 graczem” w tle (archiwum J. Cieplińskiego)


Jan Wieczorkowski

Moja przygoda z „Wierchami” (fragment)

Zarówno mój dziadek jak i ojciec, byli narciarzami. Do dziś w rodzinnym albumie przechowuje ich zimowe fotografie na nartach. Jest to mało znany fakt nawet wśród naszych bliskich przyjaciół. Ojciec był związany z rabczańskim klubem sportowym od początku jego istnienia. Świetnie pływał, dobrze jeździł na nartach i grał w tenisa. W latach swojej młodości te rozrywki miał w zasięgu ręki, kochał góry, uwielbiał wodę i tenis.

Pierwsze narty ojciec zamówił dla mnie i dla brata około 1952 roku u rabczańskiego stolarza, którego nazwiska już dzisiaj nie pamiętam. Były zrobione z jasnego drzewa (pewnie jesionowego), bez metalowych krawędzi i miały paskowe wiązania z małą sprężyną zapinaną na obcasie buta.

Pamiętam prezent od św. Mikołaja, była to mała paczuszka z kompletem krawędzi i maleńkich śrubek do ich przykręcania w środku. W nieistniejącej już dzisiaj willi „Korona” stolarz Janusz zwany „Bułą” miał swój warsztat, a ponieważ był wielkim entuzjastą nart, potrafił zmontować krawędzie, na które dawniej mówiliśmy „kanty”. Operację przykręcania obserwowałem z ciekawością i dbałością o własny sprzęt bo do pana Janusza miałem umiarkowane zaufanie. Nart nie spuściłem z oka nawet na sekundę i dumnie odniosłem je do domu, całe bez uszkodzeń z błyszczącymi kantami. Byłem ciekaw jak spiszą się na śniegu.

Na takim sprzęcie, wraz z bratem Maćkiem, rozpoczęliśmy przygodę z nartami pod okiem ojca. Stoki mieliśmy pod nosem. Pierwsze kroki stawialiśmy w Parku Zdrojowym w okolicach restauracji „Pod Gwiazdą”. Później zjeżdżaliśmy z górki nieopodal cukierni Stachiewicza. Była to trasa narciarska usytuowana pomiędzy willą „Pod Aniołem”, „Stachiewiczem” i pijalnią wód mineralnych (dzisiejsza Kawiarnia Zdrojowa). W czasach mojego dzieciństwa, mieszkałem z rodzicami i bratem w nieistniejącej już willi „Pod Matką Boską”, usytuowanej w bezpośrednim sąsiedztwie tego stoku.

Nieco później, gdy nasze umiejętności narciarskie się zwiększyły, ruszyliśmy w kierunku Kaplicy Zdrojowej, gdzie stała skocznia narciarska. Rozbieg tej skoczni był sztuczny (jak to wtedy nazywaliśmy), czyli wybudowany z drewna. Gdy nabraliśmy więcej umiejętności zjeżdżaliśmy ze skoczni tłumiąc lot by jak najszybciej poczuć twardy grunt pod nartami. Był to trening zwany „duszenia muld”. Obok skoczni, na polanie za Kaplicą mieliśmy do dyspozycji stok, na którym odbywały się prawie wszystkie zimowe zawody dla młodzieży.


Bracia Jan i Maciej Wieczorkowscy na nartach koło Kaplicy Zdrojowej
(archiwum J. Wieczorkowskiego)


ks. Kamil Kowalczyk

Skawiański spór o dziesięcinę (fragment)

O tym, że 265 lat temu znaczna część wiernych parafii w Rabce wskutek niesubordynacji ściągnęła na siebie klątwę, mało kto dziś pamięta. Niniejszy artykuł ma za zadanie przybliżyć arkana wydarzeń, które sprawiły, że trzy lata XVIII stulecia upłynęły nader ponuro we wsi Skawa, obciążonej sankcjami wypływającymi z ówczesnego kościelnego prawa. Interdyktową opowieść zacząć trzeba jednak od uposażeniowych przyziemności, aby następnie tym snadniej uchwycić istotę sporu. Przeto Czytelnik zapoznany zostanie wpierw z powinnościami parafian związanymi z zapewnieniem plebanowi utrzymania, następnie zaś zgłębi niełatwą historię składającą się na duchowe i prawne perypetie ówczesnych mieszkańców Skawy.

Źródłem utrzymania duchowieństwa parafialnego już od średniowiecza były głównie płody rolne z ziemi należącej do parafii oraz przydzielane przez biskupa dziesięciny, jak również zwyczajowe datki od chrztów, ślubów i pogrzebów nazywane iura stola.Składały się nań opłaty za posługi duchowne, przy których używano stuły. Za całość opieki duszpasterskiej kapłani otrzymywali ponadto od wiernych tak zwane meszne lub kolędę.

Spektrum kolędowych podarków zawierało sery, osełki masła, jaja, len, suszone grzyby, orzechy, gęsi i kokosze. Od tych – chciałoby się rzec – fakultatywno-obligatoryjnych trybutów drobiowych zrodziło się w łacinie kościelnej osobliwe określenie kolędy – columbatio, powstałe od rzeczownika columbus oznaczającego gołębia. Urodzeni w pierwszej połowie ubiegłego stulecia z lamusa wspomnień wyciągnąć może zdołają obraz wizyty kolędowej na wsi, w czasie której księdzu towarzyszył „torbiorz” noszący worek na zboże. Po drugiej wojnie światowej, wraz z zaniechaniem datków kolędowych w naturze, instytucja ta przeszła do historii


Kościół w Skawie (fot. J. Ceklarz 2013 r.)


Urszula Janicka-Krzywda

Grzeszny żywot zbójnika z Rabki (fragment)

Zbójnictwo, nierozerwalnie związane z dziejami i kulturą Karpat, było jedną z form ruchów chłopskich, charakterystyczną wyłącznie dla terenów górskich. Podobne zjawiska występowały także w innych górach Europy. Początki zbójnictwa w Karpatach sięgają XVI wieku, a jego zmierzch to dopiero schyłek XIX stulecia.

U źródeł tego ruchu leżał cały szereg różnych przyczyn, począwszy od sprzyjających warunków terenowych, przez uwarunkowania historyczne, osadnicze, gospodarcze, społeczne, po skomplikowane procesy i tradycje kulturowe. Źródłem informacji o zbójnictwie są przede wszystkim akta sądowe, różnego rodzaju kroniki i pamiętniki. Jednym z cenniejszych źródeł dla Karpat Zachodnich są Akta spraw złoczyńców (...) miasta Żywca, gdzie zachowały się protokoły z rozpraw przeciwko zbójnikom. Jest to księga spraw kryminalnych sądu żywieckiego, która obejmuje zapisy sądowe z lat 1589-1625 i luźne notatki z lat późniejszych.

W Aktach spraw złoczyńców… wśród wielu spraw rozpatrywanych przez żywiecki sąd, znajdują się zeznania zbójnika z Rabki. Jest to Testament Stefana Tomczyka alias Butorczyka zanotowany 13 sierpnia 1593 roku przez pisarza żywieckiego sądu podczas rozprawy o rozboje. Nie jest to właściwie testament, lecz szczegółowy opis zbójnickiej działalności sądzonego.


Zbójnik i frajerka. Mal. Z. Walczak 1982 r.
(archiwum prywatne)


Dorota Majerczyk

Karpacki Festiwal Dziecięcych Zespołów Regionalnych w Rabce-Zdroju (fragment)

[…] Pierwszy przegląd dziecięcych zespołów regionalnych odbył się w 1974 roku w muszli koncertowej obok Kawiarni „Zdrojowa” w Rabce Zdroju. Mimo, że jego pierwsza edycja miała skromny wymiar, nie zniechęciło to organizatorów do przygotowania kolejnych imprez. Podczas drugiego przeglądu w 1975 r. na rabczańskiej scenie wystąpiło już dziesięć zespołów regionalnych z miejscowości: Białego Dunajca, Bukowska (Bukowianie), Kamienicy (Gronicki), Lipnicy Wielkiej na Orawie (Heródki), Liptowskich Sliacoch – Czechosłowacja (Sliacan), Nowego Sącza (Małe Lachy), Rabki Zdroju (Kropianka), Szczawnicy-Krościenka (Pieniny), Witowa (Witowianie) oraz Żywca (Hajduki). Głównymi organizatorami pierwszych festiwali były instytucje: Ośrodek Kultury dla Miasta i Gminy, Muzeum im. Władysława Orkana, Branżowy Ośrodek Lecznictwa Uzdrowiskowego, Państwowe Przedsiębiorstwo Uzdrowisk „Uzdrowiska”, Urząd Miasta i Gminy w Rabce.W skład pierwszej Komisji Artystycznej (Jury) wchodzili: Maria Lechowska – Bujak (etnograf), Andrzej Haniaczyk (choreograf), Helena Pierzchałowa, Lidia Michalik (choreograf), Janusz Mroczek (muzykolog), Rudolf Abel (przedstawiciel Osvet. Ustv. Liptovski Mikulasz) z Czechosłowacji oraz Vojtch Littva (choreograf) z Czechosłowacji.

Aby festiwal mógł trwać i rozwijać się potrzebne było wielkie zaangażowanie i praca wielu ludzi, działaczy regionalnych i miłośników folkloru, o których należy wspomnieć: Maria Lechowska–Bujak (etnograf, dyrektor Muzeum im. Władysława Orkana w Rabce Zdroju), Anna Leszczyńska (etnograf), Jerzy Starzyk (dyrektor Uzdrowiska Rabka Zdrój),Tadeusz Klimiński (działacz regionalny), Adam Sawina ( naczelnik UM Rabka Zdrój, regionalista i miłośnik folkloru), Maria Derek, Piotr Kolecki, Maria Koperniak, Krzysztof Majda, Jadwiga Niżnik, Zofia Śmietana, Joanna Lelek (dyrektorzy Miejskiego Ośrodka Kultury w Rabce Zdroju).

Festiwal, jako przegląd stał się w swoich zamierzeniach niejako „młodszym bratem”, odbywającego się w czasie Jesieni Tatrzańskiej, w Zakopanem, Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Różnica polega na tym, że festiwal dziecięcy nie jest konkursem, lecz przeglądem, któremu przygląda się Komisja Artystyczna, a następnie nagradza (wyróżnia) najbardziej wartościowo przygotowane programy.


Karpacki Festiwal Dziecięcych Zespołów Regionalnych w 1978 r.
(archiwum MOK w Rabce)


Maciej Gaździcki

„Baśn o Lubowniu” Antoniny Zachary-Wnękowej – analiza i interpretacja (fragment)

Pierwszy drukowany utwór Antoniny Zachary-Wnękowej, który wydała własnym sumptem, gatunkowo przynależy do baśni i nosi tytuł „Wigilijna jodełka”. Późniejsza, dojrzalsza twórczość, pochodzącej z Olszówki koło Rabki, poetki i pisarki również związana była z tym gatunkiem literackim. Charakterystyczne jest dla niej to, że baśniach, obok czynników fantastycznych, wiążących się z szeroko pojmowaną niesamowitością, bardzo silnie obecny jest element lokalnego folkloru. Bohaterami są często pasterze i górale, zaś sceneria to malownicze górskie hale, łąki i lasy. Przyroda, której Zachara-Wnękowa była wielką miłośniczką odgrywa znaczącą rolę w jej twórczości. Przygody bohaterów są często z nią związane, jak wtedy, gdy w siłach przyrody szukają pomocy lub od nich otrzymują swoistą zapłatę za swoje uczynki. W anonimowej nocie wstępnej do zbioru baśni Antoniny Zachary-Wnękowej pt. „Baśnie spod Gorców” czytamy: Zebrane w tej książce utwory są ciekawym przejawem samorodnej twórczości. Na kanwie oryginalnych pomysłów baśniowych pojawiają się okruchy folkloru wiejskiego i pogłosy miejscowych wierzeń, wątki dawnych bajek i legend łączą się z realiami życia codziennego. Najbardziej znanym, a na pewno jednym z bardziej interesujących dzieł zawartych w tym zbiorze jest „Baśń o Luboniu”. Znajdziemy w niej wciągającą fantastyczną fabułę, a także próby wyprowadzenia genezy niektórych lokalnych nazw, takich jak szczytu górskiego Lubonia Wielkiego oraz samej miejscowości Rabki.

Przed analizą utworu warto w kilku słowach przedstawić jak pojmowana jest baśń w sensie literackim, jakie są jej źródła oraz kto naukowo się nią zajmował. Termin baśń wywołuje jednoznaczne skojarzenia z takimi nazwiskami jak Hans Christian Andersen czy Wilhelm i Jacob Grimmowie oraz przedstawionymi przez nich opowieściami. Termin ten jest jednak dużo starszy i pierwotnie oznaczał tyle co zmyślenie, urojenie. W rozmaitych słownikach i leksykonach rozgraniczenie między baśnią, bajką, legendą, mitem czy podaniem zdaje się być klarowne, jednak zgłębiając problem nietrudno zauważyć, że pewne elementy gatunkowe jednego rodzaju przynależą także do innych. Przede wszystkim należy oddzielić baśń literacką, która może, ale nie musi zawierać elementy folklorystyczne lub stanowić przetworzoną opowieść ludową od baśni będącej bajką magiczną (zwaną też bajką czarodziejską, właściwą, bajką w sensie ścisłym; w języku angielskim nazywaną popularnym terminem fairy tale). Należy także odróżnić baśń będącą literackim opracowaniem przekazywanej ustnie bajki ludowej od tekstu stylizowanego na ludowy. Do tej drugiej kategorii można zaliczyć właśnie utwory Zachary-Wnękowej czy dzieła Kazimierza Przerwy-Tetmajera, takie jak „Bajeczny świat Tatr” lub „Na skalnym Podhalu”. Szczególny rozkwit tego drugiego typu opowieści możemy zaobserwować w literaturze Młodej Polski.

 


Okładka „Baśni spod Gorców”
ilustracja Olgi Siemaszko,
Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1980 r.